Justin wszedł do auta po czym wyciągnął ze szchowka papierosy i zapalił jednego co mnie zdziwiło, bo nie wiedziałam że Justin pali. Widocznie był zdenerwowany całą tą sytuacją. Bardzo ciekawi mnie o czym rozmawiali, a raczej kłócili się. Z tego co zrozumilam Selena czymś szantażuje Justina. Hmmm może Juss kiedyś mi powie. Kto wie?
- Mała nie przejmuj się tą sytuacją- powiedział Justin wypuszczając dym. Taa jak ja miałam sie nie denerwować skoro widziałam ze to coś poważnego.
Juss wysiadł z auta i otworzył drzwi z mojej strony.
Miesiąc później...
Siedzieliśmy w salonie grając w gry na Xbox'ie, gdy nagle energicznie rozbrzmiały telefon Justina. Wstałam i podbieglam to telefonu z uśmiechem.
- Halo?
- Dzień doby. Na wstępie pragnę przeprosić państwa za takie długie oczekiwanie na wyniki badań DNA, ale mielismy mały problem. Bardzo prosze o to aby panstwo szybko przyjechali do kliniki.
-Dobrze Panie doktorze. Dziekuje za telefon.
Zjawimy sie jak najszybciej. Do zobaczenia- odłożyłam słuchawke.
Czekaliśmy na wyniki całe wieku i nadal ich nie było. Bałam się że jeżeli czekamy aż tak długo to oznacza że wyniki są złe. W głębi duszy miałam nadzieje że się mylę.
-Justin jedziemy do kliniki - powiedziałam zdenerwowana. Juss był gotowy w 2 minuty. Ja nawet się nie szykowałam wybieglam z domu w dresach i za dużej czarnej bluzce. Nawet się nie poczesałam. Weszłam do auta ale dzisiaj akurat miałam ochotę prowadzić.
- Mała nie pomyliły ci się strony? - pyta z lekkim zdziwieniem.
- Nie skarbie dziś ja prowadzę.
-Może przesiądźm się do Audi- powiedział zaniepokojony Justin
- Boisz się że rozbije ci Lamborghini? -Powiedziałam z uśmiechem. Po czym dodałam
- Nie ma mowy kochanie jadę tym.
Jechałam spokojnie ponieważ jechaliśmy przez miasto a była godzina 18, czyli było ciemno jak to w listopadzie. Wiadomo że nie ma u nas 30 cm śniegu bo to Chicago a nie Syberia ale czasami chciała bym taką zimę jak z bajki. No ale nie o tym. Uwielbiam jeździć lub chodzić wieczorem po mieście, wtedy to wszystko budzi sie do życia. Jechaliśmy 40 minut.
Wchodzimy do gabinetu i nasz dobry humor prysł jak Banka mydlana.
- Witam doktorze- powiedział Justin
- Witam Panie Bieber rozmawiałem z pandką dziewczyną, ale powiedziałem wszystkiego przez telefon ponieważ nie mogę podawać informacji na temat badan przez telefon.
- Dobrze doktorze, ale do sedna - weszłam mu w słowo.
- wyniki nie są dobre.- powiedział
- jesteśmy spokrewnieni? - zapytał Justin.
- ..... Nie. Nie jesteście - Powiedział doktor po chwili milczenia
- No wiec w czym problem- powiedziej zdezorientowany i lekko wkurzony Justin
- Problem w tym panie Bieber, że pańska dziewczyna jest poważnie chora. Ma raka macicy. To choroba na która można umrzeć, a w najlepszym wypadku nie najlepszym Wdzie mogła mieć dzieci. - Mówił lekarz a mi w tym momencie zrobiło się słabo. Usiadłam i zaczęłam płakać jak małe dziecko. Lekarz wszystko nam wyjaśnił, że jeżeli podejmiemy leczenie to choroba nie będzie śmiertelna. Co nie zmienia faktu że nie będę mogła miec dzieci. Resztę wieczoru przeleżałam w łóżku płacząc. Justin leżał obok i mnie przytulał i pocieszał.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
No i mamy kolejny rozdział mam nadzieje ze wam się podoba mam parę pomysłów na przyszłość związana z blogiem ale muszę to poskładać w całość. Pozdrawiam <3 :*